piątek, 26 listopada 2010

d'Amélie | noc, ja i cień Twój.

Moje ciało przycupnęło na skrawku łóżka, słuchawki wpełzły wprost na krzaczastą głowę. Ciało powoli przechyliwszy się do tyłu opadło na miękką pościel. Nuty, interwały, głosy krążą między neuronalnymi połączeniami a ja jestem tylko drobnym ludzikiem odpływającym w mroku chłodnej jesieni. Tak bardzo jestem wdzięczny za kruchy organizm, za każdą cząstkę siebie: kości, mięśnie, ścięgna, dwie dłonie i dwie nogi, które pchają mnie na przód; za wzrok dzięki któremu karmie się pięknymi obrazami, światem codziennym i tym kinowym. Za słuch, który pozwala mi sycić się muzyką i każdym jej dźwiękiem najdrobniejszym i za rozum, który pozwala mi myśleć za dużo co przeszkadza ale i rozumieć tak wiele. Za każdą łzę smutku i radości, każda z nich oczyszczała moją duszę na swój własny sposób. Sterta moich małych marzeń i ja, obok szarej rzeczywistości tkwimy tu sobie i nie jest nam źle choć czasem bardzo smutno. Twoje usta, pokaż mi je a poznam ich smak i zostawię w umyśle na wieki. Twoje oczy, nie wiem jak wyglądają gdy są smutne i gdy się cieszą, czy Twoje dłonie potrafią być lodowate nawet latem czy może zawsze są ciepłe, jak pachnie Twoja skóra i którą dłonią poprawiasz włosy, jaka książka jest Twoją ulubioną i jaki cytat nosisz głęboko w sercu, czy Twoja dusza pragnie czegoś więcej: odkrywania, poznawania, trwania obok i wspólnych emocji, bogactwa osobowości i wspólnej długoterminowej drogi. Wiesz, jestem taki niedzisiejszy i nieswój, wyciągnięty z innej epoki lub z zupełnie innego pokolenia ludzi. Gdybym mógł zamknąć swoje powieki namalowałbym Twój obraz w wyobrażeniu osoby Amelii z filmu, na której twarzy rysowała się szczerość i takie pełne ciepło. Ona nie musiała robić z siebie twardej suki by funkcjonować w świecie. Była sobą i to wystarczyło. Powiedz, że gdzieś jesteś bo ja będę cierpliwy i będę czekał, gdziekolwiek się teraz znajdujesz. Może kładziesz się jeszcze do snu z myślą, że świat traci sens gdy marzysz sama i śnisz sama, gdy pijesz ulubioną herbatę w najlepszym kubku, która samotnie przestaje mieć smak. Nie martw się a myśli złowieszcze za okno wyrzuć. I pamiętaj, nie jesteś sama, ja przecież też nie mam mapy by Cię odnaleźć. 

I każdą wersję tego utworu kocham, równie mocno jak magię filmu:


wtorek, 23 listopada 2010

Trouble Sleeping

Siedzę na granicy dnia dzisiejszego, jutra i przeszłości. Gdy pamięć wraca, leżę na podłodze ledwo podnosząc swoje kończymy ku górze. Czasem też mogę oddychać pełnią płuc i wtedy czuję jakbym narodził się na nowo, miał nowe serce, takie całkiem nowe. Wiesz, byłoby jeszcze prosto z fabryki gładkie, pełne, czerwone, równo pracujące i zupełnie niczym nienaruszone, działające jak sprawnie naoliwiony silnik. Dzisiaj ono tak nie wygląda, nie jest nowe, nie jest gładkie i wcale nie pracuje równomiernie; ale wciąż jest tak cholernie wrażliwe i pełne nadziei. Spoglądam na świat zza puszystego, białego kłębu mojej pościeli, wysuwam głowę, kruczoczarne rzęsy otaczające źrenice zarysowują monotonię kolejnego dnia, wcale nie chcę wstawać, wcale nie chcę mieć dziś, jutro i pojutrze siły. Chcę się położyć na lodowatej posadzce, czuć jak drżę i tonę, jak marznę, bardziej i bardziej. Jak moje dłonie sinieją, stopy lodowacieją a źrenice rozszerzają, nie chcę wychodzić. Chcę zostać  przy moim parapecie i patrzeć przez okno. Rozłożyć swoją kocią naturę przy czterech ścianach pokoju i ze słuchawkami na uszach oddychać, zostać sam, dotlenić pokój melancholią wprost z nadętych płuc, łapiących łapczywie powietrze i powiek sycących się ogromnymi kroplami za oknem. Wpasować się w tło pokoju, zostać tylko drugoplanowym bohaterem tego miejsca. Kładę kilka szklanych kul obok: wrażliwość, życiowe doświadczenie, intelekt i siłę. Widzisz, nie mam już nic, mam tylko czyste dziurawe dłonie.. Została mi dziś słabość, zwątpienie, bezsilność, bezsenność i kilka ciężkich łez.. Pomóż pozbierać mi kule z podłogi bo tak cholernie brakuje mi sił na cokolwiek. 


piątek, 19 listopada 2010

ludzie rozmawiają nieludzkim językiem.

Miała na imię nicość, tkwiłem w niej po uszy, zalewała moje gardło, raz ciszą, raz dudniącym werblem. Oddycham, siedzę i piszę, stek liter. Wylatuję poza okienną framugę wzrokiem: ludzie, krople, kałuże, gałęzie. To jak psychoza gdy zdajesz sobie sprawę, że Twój neurotyzm przerasta skalę kończącą się na dziesiątce. Siedzisz i myślisz, tkwisz w tym gównie po uszy i zadajesz pytania, przecież ten świat zapomina kim jest drugi człowiek. To nie moje czasy, nie moja orbita i nie moje społeczeństwo. Wystarczyła dekada, gdy minie kolejna urosną nam pokolenia myślące o człowieku jak o "czymś" nie kimś. Młodociani "dorośli" z zaburzoną percepcją i brakiem wiedzy jak wyglądać powinny ludzkie wartości. Jeśli mógłbym ratowałbym jednostki przez zepsuciem bo dopóki żyjemy, w swoim "ogródku" można coś zmienić a takie drobne zmiany mają pozytywne skutki i procentują w przyszłości. Chodź zrobię Ci a'la Freudowską analizę, sobie już dawno zrobiłem i wnioski chwilami przytłaczają mnie do podłogi, marzenia, cele, zadania, obowiązki, zdolności, pasje, choroby, niedoskonałości. Zwijam się w drobną kulkę, wilgotność powietrza 93%, 5 stopni, nie mam sierści ale jestem kotem, indywidualna jednostka ze swoją niezależną samotnością. Czasem ludzie wmawiają sobie szczęście bo tak jest prościej, zamieniać przyzwyczajenie w wielką miłość, która jest jedynie zapisem na kartce papieru w urzędzie cywilnym lub kurzą przywiązaną ślepotą z wypisanym mechanizmem wyparcia na ustach. Bywa, że zmysł obserwatorski zwyczajnie się myli, wtedy to ja jestem ślepy ale to zdarza się rzadko, częściej miewam rację. Źrenice są zmęczone, umysł poirytowany bo tony myśli przelewające się neuronalnymi połączeniami męczą i nie pozwalają na spokój; Panie doktorze poproszę prozak na zmęczenie światem. Chciałbym usiąść obok wiejskiej połaci zieleni, złamanej złotymi kłosami zboża, chciałbym by świeciło wtedy słońce, by moje zziębnięte dłonie znalazły ukojenie, a źrenice mogły uśmiechnąć się do jaskrawego słońca. Siedziałbym sam, bo przecież to tylko chwilowy lot skazańca, który wróci potem do pustego pokoju z muzyką i ulubioną książką do której lubi wracać, lub do poezji Haliny, która tak cholernie chciała żyć a tak bardzo nie była w stanie. Położyłbym na Pani nagrobku kwiatek i przeczytał swój wiersz, który nijak nie równa się do Pani talentu ale poczułbym ulgę, że ktoś mnie cholernie mocno rozumie i tak cicho milczy, ukazując pełną uwagę i skupienie w szumie wiatru i lodowatości marmurowej płyty. 



"Bogu najlepiej wyszły koty (...)"

wtorek, 16 listopada 2010

nowe miejsce dla moich liter kilku.

Mówią mi, że oddycham, że się uśmiecham i że żyję. Głosy schizofrenika w głowie, dwie twarze i jeden człowiek, cały ja. Sterta dziwnych snów, pamiętliwych snów, które zamazują czystość umysłu i spokój o poranku. Siedzę w czterech ścianach i łykam smętne myśli, ucieczka, nowa droga i cisza umysłu do której dążę a którą tak trudno osiągnąć. Stare początki i nowe końce - paradoks. Kłęby śmiechu wypuszczane głęboko z przepony, charyzma i drażliwość, emocjonalny neurotyzm i wrażliwość; dotknij i poczuj, przytul i zatrzymaj się przy mnie. Introwertyzm skryty pod paznokciami mimo, że lubię kontakt z ludźmi a marnymi są próby zmiany człowieka, który zamierza zmieniać się wyłącznie ku wyższym ideom lub mądrym kobietom, które nie mają zamiaru wychowania sobie Pana pantofelka. Czasem myślę, czy w ogóle dobrze, że spotkałem w życiu prawdziwą miłość, która najpierw syciła mnie swoim pięknem a potem wypluła jak pestkę śliwki zostawiając w środku spustoszenie godne największych malarzy, tworzących po środkach psychoaktywnych. Każde z tych dwóch skrajnych emocji to wielka potęga radości i smutku, chęci do życia a późniejszych stanów rodem z książek o depresji. Linijka nieco wyżej nieistotna dziś bo przed oczyma mam przyszłość, na razie jest ona tylko moja i niepodzielona z nikim ale jeśli życie ma oczekiwania wobec mnie w postaci gmatwania w mojej egzystencji to ja mam prawo wymagać też kilku istotnych rzeczy. Może kiedyś, gdzieś za rękę z Tobą, może przeciw wszystkim, całemu światu i pod wiatr, może drogą bardziej krętą i dłuższą. Może upadniemy i poleżymy a potem wstaniemy z zdwojoną siłą bo miłość to coś więcej niż hajs i seks chociaż w dzisiejszym świecie ludzkie mózgi nie rozumieją znaczenia wypowiadanych słów a z szacunkiem w związku jest jak z uczciwością w polityce. Mój umysł potrzebuje odpoczynku bo neurony właśnie napisały podanie do układu nerwowego o całonocny urlop - podanie przyjęte. Zadomowiłem się tutaj i w najbliższym czasie wszystkie wpisy będą umieszczane w tym miejscu.