piątek, 19 listopada 2010

ludzie rozmawiają nieludzkim językiem.

Miała na imię nicość, tkwiłem w niej po uszy, zalewała moje gardło, raz ciszą, raz dudniącym werblem. Oddycham, siedzę i piszę, stek liter. Wylatuję poza okienną framugę wzrokiem: ludzie, krople, kałuże, gałęzie. To jak psychoza gdy zdajesz sobie sprawę, że Twój neurotyzm przerasta skalę kończącą się na dziesiątce. Siedzisz i myślisz, tkwisz w tym gównie po uszy i zadajesz pytania, przecież ten świat zapomina kim jest drugi człowiek. To nie moje czasy, nie moja orbita i nie moje społeczeństwo. Wystarczyła dekada, gdy minie kolejna urosną nam pokolenia myślące o człowieku jak o "czymś" nie kimś. Młodociani "dorośli" z zaburzoną percepcją i brakiem wiedzy jak wyglądać powinny ludzkie wartości. Jeśli mógłbym ratowałbym jednostki przez zepsuciem bo dopóki żyjemy, w swoim "ogródku" można coś zmienić a takie drobne zmiany mają pozytywne skutki i procentują w przyszłości. Chodź zrobię Ci a'la Freudowską analizę, sobie już dawno zrobiłem i wnioski chwilami przytłaczają mnie do podłogi, marzenia, cele, zadania, obowiązki, zdolności, pasje, choroby, niedoskonałości. Zwijam się w drobną kulkę, wilgotność powietrza 93%, 5 stopni, nie mam sierści ale jestem kotem, indywidualna jednostka ze swoją niezależną samotnością. Czasem ludzie wmawiają sobie szczęście bo tak jest prościej, zamieniać przyzwyczajenie w wielką miłość, która jest jedynie zapisem na kartce papieru w urzędzie cywilnym lub kurzą przywiązaną ślepotą z wypisanym mechanizmem wyparcia na ustach. Bywa, że zmysł obserwatorski zwyczajnie się myli, wtedy to ja jestem ślepy ale to zdarza się rzadko, częściej miewam rację. Źrenice są zmęczone, umysł poirytowany bo tony myśli przelewające się neuronalnymi połączeniami męczą i nie pozwalają na spokój; Panie doktorze poproszę prozak na zmęczenie światem. Chciałbym usiąść obok wiejskiej połaci zieleni, złamanej złotymi kłosami zboża, chciałbym by świeciło wtedy słońce, by moje zziębnięte dłonie znalazły ukojenie, a źrenice mogły uśmiechnąć się do jaskrawego słońca. Siedziałbym sam, bo przecież to tylko chwilowy lot skazańca, który wróci potem do pustego pokoju z muzyką i ulubioną książką do której lubi wracać, lub do poezji Haliny, która tak cholernie chciała żyć a tak bardzo nie była w stanie. Położyłbym na Pani nagrobku kwiatek i przeczytał swój wiersz, który nijak nie równa się do Pani talentu ale poczułbym ulgę, że ktoś mnie cholernie mocno rozumie i tak cicho milczy, ukazując pełną uwagę i skupienie w szumie wiatru i lodowatości marmurowej płyty. 



"Bogu najlepiej wyszły koty (...)"

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

inny adres, ale wpisy niezmiennie dobre. powiało nieco werteryzmem.
pozdrawiamy ciepło w ten chłodny dzień.
(ja, mój kot i nasza kocia natura.)
M.