czwartek, 30 grudnia 2010

heart and brain.

Zamknij serce w słoiku marzeń bo ja trwam tutaj, gdzie prawda ma tak wiele znaczeń i tak trudno szukać odpowiedzi na pytania, jakie sobie każdego dnia zadaję. Kłamiemy, bez wyjątku, wypieramy wszystko Freudowskimi mechanizmami i próbujemy żyć w spokoju. Dzięki takim mydlanym bajkom nie wariujemy i możemy zwyczajnie funkcjonować.  To kolejny dzień gdy wsłuchuję się w obraz trwający za oknem, idę. Stopy, kroki, zamarznięty pod butami puch i para z ust, na dłoniach szarobure rękawiczki i przemarznięte policzki nieco wyżej. Pełna cisza pośród drzew pokrytych szronem, pośród zapalonych świateł w ludzkich domach, padający śnieg pokrywa moją grzywkę wystawioną nieco spod czapki. Kładę się gdzieś wizualnie wokół tej wieczornej ostoi spokoju, przemarzając do granic wytrzymałości organizmu ludzkiego, kolejne przemyślenia sączą się roztapiając resztki śniegu na zewnętrznej części moich barwnych ust. Ludzie coraz bardziej głusi na drugiego człowieka, coraz bardziej ślepi, mimo sprawnych zmysłów żyją jakby dawno utracili te najważniejsze. Przykucnąłem na skraju drogi, delikatne smużki światła otulały mnie całego, kręgosłup moralny delikatnie się pochylił, położyłem obok serce i mózg. Dwie tkanki, jedna sina, druga cała zlana czerwienią – przyjrzałem im się dokładnie, jedno na wariackich papierach, drugie takie zupełnie logiczne, niczym matematyka, której nigdy nie rozumiałem. Rozpoczęła się dyskusja, dialog tych dwóch istot był niesamowity a mi pozwolił zupełnie odłączyć się do ich struktury, od wszelkich połączeń organizmu, które męczą nocą ośrodek centralnego układu nerwowego. Poczekałem aż się wygadają, odetchnąłem spokojnie, napełniając płuca lodowatych tlenem; odszedłem kilka kroków, gdzieś poza granice realiów dzisiejszego świata, wypuściłem nadęte powietrze i spojrzałem jak para z moich warg roztapia się w powietrzu ubierając półmrok parą wodną, niczym poranną mgłą. Podniosłem serce z podłogi, roztopiło cały śnieg w jego okolicy ale podnosząc mózg usłyszałem: „schowaj je szybko! mimo, że tak gorące i potrafiące kochać łatwo je uśmiercić, a ja jestem Pan mózg i to ja staram się dbać o Ciebie, Twoje serce i cały ten bałagan, który stwarza dzisiejszy świat” – nie zniszcz tego, masz we mnie przyjaciela. Z ust wylało się jedno słowo: dziękuję, serce kilka razy zadudniło, a ja poczułem się nieco bardziej spokojny tej zimy. 

środa, 22 grudnia 2010

another winter night

Kiedy śpisz Twoje usta nie mówią nic, umysł cichnie, źrenice mówią dobranoc a Ty płyniesz niczym łódka zrobiona z kilku gałązek i listka przez krainę snu. Gdy pojawia się bezsenność nic z wyżej wymienionych rzeczy nie ma miejsca, czujesz jak Twój zmęczony wzrok leży na poduszcze zmagając się z dzisiejszym jutrem, jak włosy bezwładnie tracą swoją puszystość wiercąc się na wszystkie strony, jak Twoje dłonie upadają w geście braku sił. Nocne myśli, niepokorne myśli, niewygodne, zatrute, ubrane w marność i zmęczenie dręczą Twój umysł po raz kolejny; zadajesz sobie pytania, dlaczego, jak często taki stan będzie się powtarzał. Wstajesz i siadasz na drewnianym krześle, gładkim i skromnym, przegładzasz dłonią swoje włosy i przecierasz cholernie wyczerpane oczy, woda zawrzała. Zalewasz czarno biały kubek i spoglądasz jak koloryt herbaty rozpływa się w wodnej tafli, jedynymi dźwiękami jakie słyszysz są dźwięk pocierania dnem kubka o szorstki stół gdy unosisz porcelanę do góry, kolejny to dźwięk ciszy, która wygrywa kojącą melodię, lecz ona nie ma tutaj wiele do gadania. I tu właśnie pojawia się trzeci dźwięk, głos własnych myśli, który dudni w Twoim umyśle niczym nadlatujący boeing 737 na jednym z zagranicznych lotnisk. Unosisz wzrok ku górze spoglądając na zegar wiszący na ścianie, dlaczego te wskazówki są tak potwornie głośne ? Z jakiego powodu myśli dobijają się do centralnego układu nerwowego blokując porę snu, uwłaczając cielesnej godności każdego kolejnego dnia, gdy barwą przypominasz płytę chodnikową, tylko taką z dwiema nogami. Kierujesz swój wzrok poniżej krawędzi kubka, połowa herbaty wypita a Ty myślisz tylko jak do snu się zmusić. Potem z samego rana nakładasz na twarz uśmiech, co by ludzie nie widzieli tych nocno - myślowych zmagań, to prawie jak Igrzyska Olimpijskie, tylko w zupełnie nowym wydaniu, godnym na miarę XXI wieku. Dopijasz łapczywie resztki naparu i siadasz na pokrytym puchową kurtyną prostokącie, odmierzasz sekundy, minuty, które potrafią zamieniać się w godziny jeśli widowisko jest tego warte. Tak, bywają takie dni w moim życiu wyglądające jak nic niewarte, niepełne i puste, najgorsze są noce. Może dlatego w dzieciństwie już podświadomie dzieci boją się ciemności i zasypiają tylko przy zapalonym świetle, zapewne już wtedy takie zachowanie to swoista ucieczka przed nastaniem mroku, który zagląda w każdą szparę i zakamarek mózgu. 

piątek, 17 grudnia 2010

kartki opuszkami zapisane

Drobny prostokąt zbudowany z elektronicznej płytki połączonej bezpiecznikami i drobnymi łącznikami tworzonymi przez lutowanie leżał obok a on patrzył w jego ekran, przesuwając wzrok po sekundach każdego utworu. Tylko tyle, może aż tyle trzymało go przy życiu gdy noc ubierała w gwiazdy niebo a szron pokrywał okiennice starych kamienic. Oddychał a usta coraz bardziej wysychały, jego skóra, jego policzki i jego myśli, to tworzyło w nim człowieka różniącego się od normy jaką określa się dzisiejszy próżny świat. Gubił się we własnych czterech ścianach, karmił oczy pustką przyrody, drobnymi płatkami, śniegiem; stawiał swoje kroki spoglądając jak biały puch skrzypiąc znika pod stopami. Czasem gubił się w samym sobie, próbując zrozumieć realizm rzeczywistości, gdy 6 rano mówiła mu dzień dobry, on odwracał oczy w kierunku poduszki, był jak kot, tylko bez apetytu, nawet mleko mu nie smakowało. Stracił apetyt już dawno, bezsenność męczyła jego neurony i delikatnie sine oczy, znowu leżał by po chwili wstać i zarysować swoimi dłońmi kilka obrazów własnego umysłu. Jego dusza chwilami płakała niczym małe dziecko, przewracajace się w piaskownicy i zgrzytające zębami pełnymi piasku. Kolejna piosenka wtłoczyła się szemrawym krokiem w czarne słuchawki, centralny układ nerwowy czuł ukojenie, lecz i tak źrenice zamieniały się w taflę lodu gdy wracał myślami do stanu swojego istnienia. Jego wątłe ciało przesuwając się z miejsca na miejsce egzystowało rozbrajając innych śmiechem, takim zupełnie szczerym, czuł radość gdy inni uśmiechali się by zapomnieć o szarej rzeczywistości dnia. Potem wracał do domu a w nocy łamał mu się głos, długie nogi rozciągały się w pościeli, nadęta pierś próbowała złapać oddech, w półmroku świeciły się tylko oczy a obojczyki otaczał chłód powietrza z uchylonego okna. Oddech płytki, czasem głęboki w zależności od tego jak organizm reagował na arytmię, ukrytą gdzieś w umyśle, przeładowanym drobnym lub większym stresem, brakiem snu i trudną psychiką. Zdarzały się sny, dziwne sny, miłe sny i te złe, które budziły umysł nad ranem. Kiedyś chciał napisać książkę, zatopić swoje dłonie w czarnych klawiszach klawiatury i połączyć swoje myśli z kartkami papieru, którego można dotknąć, chciał zostać złodziejem czasu, dobrym złodziejem, który kradnie czas ludzi przewracających kolejną stronę książki, przyglądającą się okładce a potem stwierdzającą, że te słowa to stek bzdur lub słowa, które chce się czytać i zatrzymać na kilkanaście minut swojego życia przy nich. W jego mniemaniu był to zawód marzeń, człowieka zatopionego w tym co robi, pochłoniętego dogłębnie pisaniem, tworzeniem i spotkaniami z czytelnikami, krytyką jak i szczerą sympatią, niezależnością zawodową i spokojem w zaciszu własnego mieszkania. Świat zamknął jednak marzenie w szklanej kuli z myślą poczucia, że jest to zbyt słabe by kiedykolwiek miało ujrzeć światło dzienne. Kolejną noc spędził niespokojnie, ukrywając swoje ciało w ciemności, mrugając nerwowo kruczoczarnymi rzęsami, karmiąc szczupłe dłonie dotykiem gładkiej, kwiecistej pościeli. 

wtorek, 14 grudnia 2010

Nanosekundy ludzkiego artyzmu.

Czytając wiersze przez setki nanosekund stajesz się lepszym człowiekiem, głębszym niż studnia i wrażliwszym niż rosy krople zniżające się ku poziomowi podłogi. Bose stopy przyodziane w kilkanaście włosków zakończonych gęsią skórką kroczą;  stawiają nierówne, niewyraźne ruchy idąc. Idą tak po prostu, bez większej ideologii, idą bo tak im kazał rozum, który rządzi tym całym bałaganem zwanym ludzkim organizmem. Czy nasze ciała to tylko kawałek masy, mięśni, kości i poskręcanych neuronalnych połączeń ? Przecież doktorzy chemii potrafią opisać wszystko, tęsknotę, miłość, zazdrość w postaci reakcji chemicznych, kilku wiązań, które nie są ładne, ba, nie są nawet praktyczne, odbierają swoim wyrazem głębsze spojrzenie, spłycają wszystko do suchej teorii. Emocje, odbiór świata, źrenice, słowa, uczucia to coś głębszego, to coś wykraczającego poza jakiekolwiek ramy nauki. Malarze próbowali wielokrotnie odwzorowywać swoje uczucia, wrażliwość, charakter na obrazach, dotykali swoimi dłońmi palety, mieszając kolory w swoich źrenicach, później nakładali drobne plamki kolorów na kawałek materiału, rozciągniętego na drewnianej ramie. To wszystko jest kwestią artyzmu, który tkwił w ludziach od zawsze a wymierać zaczyna teraz, był już Beethoven, Bah a nawet Mozart, których biografie czytały niewyobrażalne liczby osób i na tym się skończyło. W swojej prostocie to genialni twórcy, ubierający dźwiękami świat a my ludzie, uczyliśmy się tylko dat narodzin i zgonów, miejsc zamieszkania i historii życia. Tak mało osób próbowało docierać głębiej, do struktury osobowości i do dźwięków jakimi każdy z nich ubierał świat. Jeśli znana jest Ci paleta kolorów to podobnie do malarzy dźwięki rysują koloryt duszy. Na sercu namalowali mi tęczę, z różnych kolorów i odcieni, Ty wybieraj jakich chcesz dotykać i jakimi chcesz się karmić. Gdy otwieram suche kartki przeciągając opuszkami palców o stronę książki, czasem pojawia się drobna rysa z której wypływa mój kod dna, umiera na stronie zostawiając czerwoną poświatę, to część mnie samego, lektury, którą czytałem ale też część Ciebie jeśli sięgnęłabyś po ten sam zbiór liter. Wiesz, bo ja wolę żyć gdzieś, gdzie nie ma świata, na skraju wizualnych przestrzeni i historii innych, wtedy nie czuję się taki sam, tak cholernie słaby i niedzisiejszy. Moje gałki oczne z delikatną nerwowością przesuwają się w linii poziomej biegnąc aż do końca książki, wtedy czuję, że stałem się częścią historii bohaterów, częścią historii autora i jego twórczości, nie jestem samotny gdy wiem, że mam w dłoniach papier, szorstki, gładki, regularny lub nie, z większą lub mniejszą czcionką. Samotny staję się dopiero wtedy, gdy litery, słowa, zdania opuszczają moją duszę, wtedy górę bierze chłodna Pani w koronie, królowa dzisiejszych czasów - Samotność. Wtedy nawet kubek z herbatą nie znaczy nic a cztery ściany pokrywa „Sonata Księżycowa” zlewając się z moim sercem, duszą i rozumem. Mówią, że dusza płacze, w moim wypadku bywają dni gdy płacze zarówno dusza, rozum jak i serce.

sobota, 11 grudnia 2010

Trouble sleeping

godzina 00:10, 11 grudzień, zmęczone oczy i myślowa otchłań zatapia mój umysł na granicy nocy i dnia kolejnego. Jestem tutaj wokół ciszy, otoczony ze wsząd mrokiem przez który przebija się jedynie drobna smuga światła wydobywająca się spod ekranu. Kruche dłonie delikatnie napierają na granicę klawiszy w cichym stukocie a serce przyspiesza jakby chciało coś wykrzyczeć. Dzisiaj było tak spokojnie, moją duszę koiła muzyka arysty, który swoim głosem leczy umysł; lecz teraz muzyka ucichła, jestem tylko ja i mały ekranik. Moje oczy załzawiły gdy ciało zlało się z łóżkiem w jedność, lód pokrył żyły a dłonie zaczęły nerwowo przebierać palcami od czasu do czasu przegładzając włosy na głowie. Gdy pamięć powraca bywa trudno, jak bardzo inni ludzie na nas wpływają, jak wielkie piętno można odcisnąc na drugim człowieku i w końcu jak długo można czuć ból. Miłość tak dawno nie rozmawialiśmy bo ja już chwilami nie chcę, nie umiem, nie potrafię z Tobą rozmawiać. Samotność też raczej za Tobą nie przepada a ja nie wiem, kto w tym wypadku ma rację. Otworzyłbym butelkę wina bo dopiero wtedy mógłbym być waszym mediatorem w dyskusji; chociaż żaden to lek i pomoc żadna, wy się nie dogadacie a mnie na drugi dzień tylko głowa rozboli. Nie chcę umierać od środka, chcę odetchnąć tak prawdziwie, oddechem wiosennym i ciepłym, zamknąć swoje neuronalne pętle tam gdzie będę czuł się szczęśliwy. Tam, gdzie źrenice mówią słońcu "dzień dobry" a księżycowi "dobranoc", tam gdzie dłonie kobiety wyrażają prawdę gdy są obok moich, tam gdzie umysł czuje spokój istnienia zamiast goryczy bytu. Zmęczone powieki osuwają się z wolna niżej ku podłodze, chciałbym zasnąć, śnić a potem wstać z ogromną siłą na kolejne dni ale to tylko wizualizacja potrzeb. Rzeczywistość ma więcej odcieni szarości niż grudniowe niebo a serce chwilami więcej chłodu niż temperatura nocą gdzieś w mieście. Przesunę swoje zwłoki tak przez kolejny tydzień, trwając w świecie, który zamiera tylko na chwilę gdy mój umysł zamyka nocą drzwi do życia, sen jest jak chwilowa kilkugodzinna utrata świadomości po której wstajemy i mniej lub lepiej sobie radzimy. Gdyby ktoś dał możliwość włączenia sobie opcji głupca, chętniej bym z niej skorzystał jak z możliwości snu. Będąc głupcem mógłbym ot tak, wyłączyć funkcjonowanie rozumu, zatrzymałbym proces myślowy i funkcjonwał przez kilka godzin, dni z łatwością i bezmyślnością. Tak wiem, śmierdzę dziś Werterem, i kilkoma słonymi łzami, które spływając po policzku umarły śmiercią naturalną w okolicach obojczyka. 

Pytania ? KLIK

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Sznurowadła.

Przesuwam swoje zwłoki przez miasto, stoję, kroczę, idę. Zatrzymałem się w myślach łapiąc chwile, one mijają, przemykają między zakrętami kamienic, biegnę w pogoni - one i tak uciekają zostawiając rozmarzone źrenice. Śnieg się roztopił, mróz odpuścił mimo tego, samopoczucie zrobiło sobie ze mnie niewolnika niedoskonałości. Zdrowie to dziwna sprawa, albo jest albo go nie ma, nikt nie wie dlaczego ktoś cierpi, niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy bo po ludziach czasem zupełnie nie widać, gdy jest im ciężko, ukryją wszystko doskonale; niczym  międzynarodowy szpieg tożsamość i swoje zamiary. Chyba tylko Ty na górze wiesz, gdzie jest celowość zmartwień, problemów i zdrowotnych kłopotów, tylko Ty wiesz komu przydzielić zapalenie płuc raz na rok, komu dać katar podczas mroźnej pogody a komu przydzielić wielkie zadanie zmagania się z własnym zdrowiem i chorobą, przez którą starasz się pokazać ludziom, że jednak można. Gdy widzę cierpienie człowieka coś się we mnie łamie, bo chciałoby się w jednej chwili pomóc wszystkim w jak największym stopniu, siebie zostawiając gdzieś pod koniec jeśli tylko starczyłoby jeszcze czasu. Nie znam jutra, nie znam pojutrza, nie znam za rok i nie za dwa; znam dziś i wczoraj i parę lat temu. Zostałem tutaj i tkwię, z naturą hipochondryka i swoimi życiowymi zmaganiami, dotykam lodowatego śniegu, zbliżam do ust i zamykam oczy, jestem tutaj, wciąż i na nowo. Czasem kończę swoją drogę gdy zapada noc by z rana urodzić się na nowo, czasem ten bieg zwraca się w odwrotnym kierunku i noc jest moją kochanką a dzień grabarzem kopiącym dołki pod stopami. Chciałbym na chwilę zatrzymać czas, tu i teraz, nacieszyć się chwilą i odetchnąć pełnym spokojem, zatrzymać pęd i stanąć na uboczu, cieszyć się radością źrenic i spokojem myśli, takim stoickim spokojem gdy wszystkie umysłu paranoje są niczym innym jak tylko zbędnym myśleniem. Opróżnić dysk, zrobić format, a potem cieszyć się defragmentacją. Zanurzyć dłonie w marzeniach i wyciągać te najdrobniejsze z mętnej wody a potem podać dłoń komuś, kto popędzi ze mną szaleńczo w świat, popędzi tak, że wcale nie będzie musiał biec aby zdążyć za światem bo dziś nie chodzi by być na szczycie, być pierwszym niczym czerwony horse spod znaku ferrari. Chodzi wyłącznie o to by pozostać człowiekiem w świecie nicości a kroki stawiać w swoim własnym tempie, bez zwracania uwagi na to, że ludzie czy świat karzą postępować wg określonego schematu działania. Wystarczą mi dłonie, ciepłe oczy, umysł i powolny krok, nie ważne czy ku szaleństwu do przepaści czy dostojnie i powoli ku słońcu. Kiedyś marzyłem o wspólnym wieczorze z ukochaną kobietą, z butelką wina lub kubkiem herbaty, książką czytaną moim basowym półgłosem, lub filmem pełnym przemyśleń, z kobietą wtuloną w barwę głosu i blask odbijających światło źrenic, czującą się bezpiecznie gdy idziemy tak każdego dnia przez życie, słuchającą prawdziwie i uważnie, o późnych rozmowach i namiętności gdy nastaje noc; marzenie moich kolegów było inne: dla nich kobieta była kimś na kształt prawie przedmiotu; to nas różniło stąd do tej pory wstyd mi za cały ród takich "mężczyzn".


Pytania ? KLIK

F i S z 



środa, 1 grudnia 2010

I'm just your ghost

Oldschoolowe bity w głośnikach, moje miasto, mój prywatny Akropol, staję na szczycie. Oddycham dumnie, mimo lęków i dziennej dawki lęku, krążenie przyspiesza. Godzina kilkanaście po 18, wilgotność powietrza 79 % - 14, termometr zawołał do mnie, bulgocząc rtęcią. Głos urywa się na mrozie, straciłem słowa gubiąc je i zostawiając pod stopami, Ty gdzieś tam jesteś i coś tam robisz, może też nie możesz się skupić a z rana czujesz się jak zombie. To jak schizofrenia, optymizm połączony z całkowitą melancholią, zamyśleniem, stanami podobnymi do tych rodem z książek o depresji. Nasze światopoglądy zamknięte w jednym ogromnym globie, kumulacja wartości lub zupełnego ich braku, zgromadzenie osobowości; lepszych, gorszych, zgorzkniałych, słodkich, mdłych, flegmatycznych, mądrych, żywych, złych. Spójrz przed siebie, zamknij oczy, patrz umysłem i sercem, daj się poprowadzić jak przez mgłę, przez granice strachu i śmierci, radości i rozpaczy. Narysowana w umyśle droga i tak ma kilka końców, czasem kilkanaście, nigdy nie dostajemy gotowych odpowiedzi, zawsze wybieramy dobrze lub źle a świat bawi się nami jak reżyser aktorami w filmie. Popełniamy błędy bo między innymi po to tutaj jesteśmy, siadaj i patrz, dwie szczupłe dłonie są moje, jak wyglądają Twoje ? Co widzisz w swoim umyśle, jeśli nie widzisz moich oczu bo są tylko po drugiej stronie ekranu, co czujesz, czym się karmisz i jak postępujesz, spisz swój rachunek i powiedz kim jesteś. Idealne są tylko rzeźby, wyjątkowo proporcjonalne w swojej budowie, my jesteśmy niedoskonali ale słabym punktem Achillesa była jego pięta, obyśmy i my doszli kiedyś do takiego punktu gdy w naszych żyłach będzie płynąć jak najmniej wad. Zgaś światło, pozwól mówić ciszy, połóż się obok mnie w myślach i pozwól płynąć czasowi, spójrz na zegarek, patrz jak czas wolno upływa gdy umożliwimy chociaż na chwilę na odpoczynek umysłu i myśli. Globalny świat ? zapomnij o nim gdy jesteśmy tu i teraz, mimo, że to tylko iluzja myśli, kreacja naszych mózgów, neuronalnych nitek, zawiniętych wokół szpuli umysłu. To nic, kilometry są tak bliskie gdy myśli siedzą obok a gdzie teraz jesteś nie wiem. W tym szaleństwie znajdujemy się albo gubimy, siedzimy, śpimy, rozwiązujemy problem w między czasie się uśmiechając i zamykając błysk źrenic w fotograficznej sekundzie gdy jesteśmy fenomenalnie szczęśliwi. Tak wygląda świat, chociaż więcej w nim brudu, kocham treść jak dobrego człowieka, Ty też powinnaś, gdziekolwiek jesteś.

Pytania ? - KLIK

Oderwij się od rzeczywistości, w gęstym półmroku, przy takich bitach, przy takiej muzyce. Tylko dzięki takim chwilowym podróżom jeszcze nie zwariowaliśmy w dzisiejszym świecie:




<3


Jeśli brakuje dobrych głośników polecam przesłuchiwanie na słuchawkach. Mile widziane wasze własne myśli w komentarzach.

Ps: Miała być dzisiaj tutaj drobna niespodzianka ale może w takim razie będzie jutro :)