piątek, 17 grudnia 2010

kartki opuszkami zapisane

Drobny prostokąt zbudowany z elektronicznej płytki połączonej bezpiecznikami i drobnymi łącznikami tworzonymi przez lutowanie leżał obok a on patrzył w jego ekran, przesuwając wzrok po sekundach każdego utworu. Tylko tyle, może aż tyle trzymało go przy życiu gdy noc ubierała w gwiazdy niebo a szron pokrywał okiennice starych kamienic. Oddychał a usta coraz bardziej wysychały, jego skóra, jego policzki i jego myśli, to tworzyło w nim człowieka różniącego się od normy jaką określa się dzisiejszy próżny świat. Gubił się we własnych czterech ścianach, karmił oczy pustką przyrody, drobnymi płatkami, śniegiem; stawiał swoje kroki spoglądając jak biały puch skrzypiąc znika pod stopami. Czasem gubił się w samym sobie, próbując zrozumieć realizm rzeczywistości, gdy 6 rano mówiła mu dzień dobry, on odwracał oczy w kierunku poduszki, był jak kot, tylko bez apetytu, nawet mleko mu nie smakowało. Stracił apetyt już dawno, bezsenność męczyła jego neurony i delikatnie sine oczy, znowu leżał by po chwili wstać i zarysować swoimi dłońmi kilka obrazów własnego umysłu. Jego dusza chwilami płakała niczym małe dziecko, przewracajace się w piaskownicy i zgrzytające zębami pełnymi piasku. Kolejna piosenka wtłoczyła się szemrawym krokiem w czarne słuchawki, centralny układ nerwowy czuł ukojenie, lecz i tak źrenice zamieniały się w taflę lodu gdy wracał myślami do stanu swojego istnienia. Jego wątłe ciało przesuwając się z miejsca na miejsce egzystowało rozbrajając innych śmiechem, takim zupełnie szczerym, czuł radość gdy inni uśmiechali się by zapomnieć o szarej rzeczywistości dnia. Potem wracał do domu a w nocy łamał mu się głos, długie nogi rozciągały się w pościeli, nadęta pierś próbowała złapać oddech, w półmroku świeciły się tylko oczy a obojczyki otaczał chłód powietrza z uchylonego okna. Oddech płytki, czasem głęboki w zależności od tego jak organizm reagował na arytmię, ukrytą gdzieś w umyśle, przeładowanym drobnym lub większym stresem, brakiem snu i trudną psychiką. Zdarzały się sny, dziwne sny, miłe sny i te złe, które budziły umysł nad ranem. Kiedyś chciał napisać książkę, zatopić swoje dłonie w czarnych klawiszach klawiatury i połączyć swoje myśli z kartkami papieru, którego można dotknąć, chciał zostać złodziejem czasu, dobrym złodziejem, który kradnie czas ludzi przewracających kolejną stronę książki, przyglądającą się okładce a potem stwierdzającą, że te słowa to stek bzdur lub słowa, które chce się czytać i zatrzymać na kilkanaście minut swojego życia przy nich. W jego mniemaniu był to zawód marzeń, człowieka zatopionego w tym co robi, pochłoniętego dogłębnie pisaniem, tworzeniem i spotkaniami z czytelnikami, krytyką jak i szczerą sympatią, niezależnością zawodową i spokojem w zaciszu własnego mieszkania. Świat zamknął jednak marzenie w szklanej kuli z myślą poczucia, że jest to zbyt słabe by kiedykolwiek miało ujrzeć światło dzienne. Kolejną noc spędził niespokojnie, ukrywając swoje ciało w ciemności, mrugając nerwowo kruczoczarnymi rzęsami, karmiąc szczupłe dłonie dotykiem gładkiej, kwiecistej pościeli. 

1 komentarz:

literatbezpiora pisze...

Bardzo kilmatycznie,obrazowo i mnóstwo uczuć.Dusza przelana na słowa,uwielbiam :). Mieć styczność z takimi ludźmi to przyjemność. Podzielam Twoje marzenie-też chciałabym pisać. Książki,które coś znaczą i potrafią mi dać radość płynącą z samorealizacji. Chciałabym stworzyć wieź między mną a czytelnikami,przenieść chociaż na moment do innego,lepszego? świata.Wydaje mi się,że masz większe na to szanse niż ja. Mimo tego,że moje studia pomogłyby mi zapewne. W każdym razie życzę Ci jak najlepiej.