wtorek, 14 grudnia 2010

Nanosekundy ludzkiego artyzmu.

Czytając wiersze przez setki nanosekund stajesz się lepszym człowiekiem, głębszym niż studnia i wrażliwszym niż rosy krople zniżające się ku poziomowi podłogi. Bose stopy przyodziane w kilkanaście włosków zakończonych gęsią skórką kroczą;  stawiają nierówne, niewyraźne ruchy idąc. Idą tak po prostu, bez większej ideologii, idą bo tak im kazał rozum, który rządzi tym całym bałaganem zwanym ludzkim organizmem. Czy nasze ciała to tylko kawałek masy, mięśni, kości i poskręcanych neuronalnych połączeń ? Przecież doktorzy chemii potrafią opisać wszystko, tęsknotę, miłość, zazdrość w postaci reakcji chemicznych, kilku wiązań, które nie są ładne, ba, nie są nawet praktyczne, odbierają swoim wyrazem głębsze spojrzenie, spłycają wszystko do suchej teorii. Emocje, odbiór świata, źrenice, słowa, uczucia to coś głębszego, to coś wykraczającego poza jakiekolwiek ramy nauki. Malarze próbowali wielokrotnie odwzorowywać swoje uczucia, wrażliwość, charakter na obrazach, dotykali swoimi dłońmi palety, mieszając kolory w swoich źrenicach, później nakładali drobne plamki kolorów na kawałek materiału, rozciągniętego na drewnianej ramie. To wszystko jest kwestią artyzmu, który tkwił w ludziach od zawsze a wymierać zaczyna teraz, był już Beethoven, Bah a nawet Mozart, których biografie czytały niewyobrażalne liczby osób i na tym się skończyło. W swojej prostocie to genialni twórcy, ubierający dźwiękami świat a my ludzie, uczyliśmy się tylko dat narodzin i zgonów, miejsc zamieszkania i historii życia. Tak mało osób próbowało docierać głębiej, do struktury osobowości i do dźwięków jakimi każdy z nich ubierał świat. Jeśli znana jest Ci paleta kolorów to podobnie do malarzy dźwięki rysują koloryt duszy. Na sercu namalowali mi tęczę, z różnych kolorów i odcieni, Ty wybieraj jakich chcesz dotykać i jakimi chcesz się karmić. Gdy otwieram suche kartki przeciągając opuszkami palców o stronę książki, czasem pojawia się drobna rysa z której wypływa mój kod dna, umiera na stronie zostawiając czerwoną poświatę, to część mnie samego, lektury, którą czytałem ale też część Ciebie jeśli sięgnęłabyś po ten sam zbiór liter. Wiesz, bo ja wolę żyć gdzieś, gdzie nie ma świata, na skraju wizualnych przestrzeni i historii innych, wtedy nie czuję się taki sam, tak cholernie słaby i niedzisiejszy. Moje gałki oczne z delikatną nerwowością przesuwają się w linii poziomej biegnąc aż do końca książki, wtedy czuję, że stałem się częścią historii bohaterów, częścią historii autora i jego twórczości, nie jestem samotny gdy wiem, że mam w dłoniach papier, szorstki, gładki, regularny lub nie, z większą lub mniejszą czcionką. Samotny staję się dopiero wtedy, gdy litery, słowa, zdania opuszczają moją duszę, wtedy górę bierze chłodna Pani w koronie, królowa dzisiejszych czasów - Samotność. Wtedy nawet kubek z herbatą nie znaczy nic a cztery ściany pokrywa „Sonata Księżycowa” zlewając się z moim sercem, duszą i rozumem. Mówią, że dusza płacze, w moim wypadku bywają dni gdy płacze zarówno dusza, rozum jak i serce.

Brak komentarzy: