poniedziałek, 6 grudnia 2010

Sznurowadła.

Przesuwam swoje zwłoki przez miasto, stoję, kroczę, idę. Zatrzymałem się w myślach łapiąc chwile, one mijają, przemykają między zakrętami kamienic, biegnę w pogoni - one i tak uciekają zostawiając rozmarzone źrenice. Śnieg się roztopił, mróz odpuścił mimo tego, samopoczucie zrobiło sobie ze mnie niewolnika niedoskonałości. Zdrowie to dziwna sprawa, albo jest albo go nie ma, nikt nie wie dlaczego ktoś cierpi, niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy bo po ludziach czasem zupełnie nie widać, gdy jest im ciężko, ukryją wszystko doskonale; niczym  międzynarodowy szpieg tożsamość i swoje zamiary. Chyba tylko Ty na górze wiesz, gdzie jest celowość zmartwień, problemów i zdrowotnych kłopotów, tylko Ty wiesz komu przydzielić zapalenie płuc raz na rok, komu dać katar podczas mroźnej pogody a komu przydzielić wielkie zadanie zmagania się z własnym zdrowiem i chorobą, przez którą starasz się pokazać ludziom, że jednak można. Gdy widzę cierpienie człowieka coś się we mnie łamie, bo chciałoby się w jednej chwili pomóc wszystkim w jak największym stopniu, siebie zostawiając gdzieś pod koniec jeśli tylko starczyłoby jeszcze czasu. Nie znam jutra, nie znam pojutrza, nie znam za rok i nie za dwa; znam dziś i wczoraj i parę lat temu. Zostałem tutaj i tkwię, z naturą hipochondryka i swoimi życiowymi zmaganiami, dotykam lodowatego śniegu, zbliżam do ust i zamykam oczy, jestem tutaj, wciąż i na nowo. Czasem kończę swoją drogę gdy zapada noc by z rana urodzić się na nowo, czasem ten bieg zwraca się w odwrotnym kierunku i noc jest moją kochanką a dzień grabarzem kopiącym dołki pod stopami. Chciałbym na chwilę zatrzymać czas, tu i teraz, nacieszyć się chwilą i odetchnąć pełnym spokojem, zatrzymać pęd i stanąć na uboczu, cieszyć się radością źrenic i spokojem myśli, takim stoickim spokojem gdy wszystkie umysłu paranoje są niczym innym jak tylko zbędnym myśleniem. Opróżnić dysk, zrobić format, a potem cieszyć się defragmentacją. Zanurzyć dłonie w marzeniach i wyciągać te najdrobniejsze z mętnej wody a potem podać dłoń komuś, kto popędzi ze mną szaleńczo w świat, popędzi tak, że wcale nie będzie musiał biec aby zdążyć za światem bo dziś nie chodzi by być na szczycie, być pierwszym niczym czerwony horse spod znaku ferrari. Chodzi wyłącznie o to by pozostać człowiekiem w świecie nicości a kroki stawiać w swoim własnym tempie, bez zwracania uwagi na to, że ludzie czy świat karzą postępować wg określonego schematu działania. Wystarczą mi dłonie, ciepłe oczy, umysł i powolny krok, nie ważne czy ku szaleństwu do przepaści czy dostojnie i powoli ku słońcu. Kiedyś marzyłem o wspólnym wieczorze z ukochaną kobietą, z butelką wina lub kubkiem herbaty, książką czytaną moim basowym półgłosem, lub filmem pełnym przemyśleń, z kobietą wtuloną w barwę głosu i blask odbijających światło źrenic, czującą się bezpiecznie gdy idziemy tak każdego dnia przez życie, słuchającą prawdziwie i uważnie, o późnych rozmowach i namiętności gdy nastaje noc; marzenie moich kolegów było inne: dla nich kobieta była kimś na kształt prawie przedmiotu; to nas różniło stąd do tej pory wstyd mi za cały ród takich "mężczyzn".


Pytania ? KLIK

F i S z 



3 komentarze:

fortunehunter pisze...

'tesknie choc wiem, nie powinienem. zostalem sam jak stoje, z rozsznurowanymi butami, mam pelen sloik slonych wspomnien o tobie.' uwielbiam fisz.

malo jest mezczyzn postrzegajacych kobiete w taki sposob jak Ty, dlatego ciesze sie, ze sa jeszcze na swiecie tacy faceci, ktorzy potrafia docenic nawet najmniejszy szczegol, bezinteresownie.

Anonimowy pisze...

teledysk od pewnego momentu, można rzec, jest straszny.

literatbezpiora pisze...

No cóż,pięknie piszesz. Nie znam nikogo takiego jak Ty,fascynujesz :). Gdybym była odważniejsza i mieszkała gdzieś bliżej chciałabym Cię zaprosić na herbatę na do klimatycznej kawiarni. Pozdrawiam