wtorek, 11 stycznia 2011

świat wypadł mi..

Brak chęci na zwyczajny poranek był tak silny jak nałóg setek osób pijących ciemny, sypki proszek, rozpływający się po krawędziach różnokolorowych kubków. Ułożywszy swoje opuszki na klawiaturze znowu wystukałem słów kilka, myśli, które w moim życiu przepływają przez neurony w niewyobrażalnej liczbie. Takie stany naginają linie papilarne, zmieniają krwioobieg i stan umysłu, krwawisz od środka i tylko w czasie snu serce gra niczym szkatułka, z kręcącą się w środku porcelanową lalką. Moja dusza czasem drży, w lęku przed światem, przed całą tą życiową drogą, która ma być już z góry określona i mimo drobnych zachwiań, tak cholernie schematyczna. Nie chcę by była schematyczna, takie wykresy męczą bo stanowią przecież wyłącznie ogólną wizję społeczeństwa wobec naszej osoby. Naszym zadaniem, moim zadaniem jest dostosowanie się pod konkretne podpunkty, mam spełniać kolejne role społeczne a w końcu umrzeć, układając swoje kończyny  do cichej, drewnianej, ciężkiej szkatuły. Jak przykre musi być bycie jedną spośród milionów innych kropek kierowanych tym samym kompasem. Każdy chciałby zostawić po sobie jakiś ślad, przeżyć miłość życia, spełnić się w zajęciach, pasjach jakich dotykamy. Wielokrotnie budzimy się z 60 na karku i myślą, że nic po nas nie zostało, wyłącznie kilka wspomnień zamkniętych w umysłach znajomych, kilka wieńców, trochę opowieści i sterta naszych rzeczy materialnych w czterech ścianach zamkniętych. Dziwna jest logika świata, skoro wielu twórców dopiero po śmierci staje się kimś ważnym dla kolejnych pokoleń. Mógłbym wylać tu tony brudów i złości na świat ale tego nie uczynię, świat nie musi być kolorowy zawsze w pełni. Tak jak tęcza ma zarówno kolory jaskrawe i ciemniejsze, tak samo jest w wypadku chwil przez nas przeżywanych. Patrzę czasem na związki międzyludzkie, przyglądam się im, dużo widzę, jeszcze więcej myślę. Tak dużo dzisiaj pozerstwa, grania, sklejania ról, udawania szczęścia, udawania miłości, ta żenująca gra aktorów rodem z brazylijskich seriali chwilami przeraża moje komórki, zamykając umysł na stacji „niedowierzanie z iluzoryczną wizją ludzkiego szczęścia” To trochę taka wasza prywatna utopia, ucieczka przed samotnością, ucieczka przed spojrzeniem w lustro i słowami prawdy, że to nie miłość, że to wyłącznie strach i lęk; bieg do czystego konformizmu, bo przecież sami godzicie się na malowanie grubym pędzlem iluzji a czasem wystarczyłoby się zatrzymać i pomyśleć na ile starczy tego talentu jakim szczycą się serialowi aktorzy, jak długo można okłamywać własne ja i jak długo żyć przy boku osoby, z którą łączy was wyłącznie wieloletnie przyzwyczajenie i kilka ciem, udających w brzuchu motyle.

A ja, mógłbym odejść, umrzeć, zwyczajnie w blasku nocy zatopić się ostatni raz w ustach czerwienią osmalonych, ostatnim spojrzeniem pokochać całą duszę, a potem roztrzaskać się o skały samotności, wykrwawiając się na wilgotnym od deszczu betonie, ostatnim oddechem ukoić kobiece powieki, wtulić kruczoczarne rzęsy w blask tych włosów jaśniejących, szepnąć tylko jak wiele znaczy miłość mężczyzny a potem odetchnąć głęboko i nic nie mówić, odejść spokojnie jak jeszcze nigdy dotąd, umierać wiecznie. 

Ps. Przypominam o konkursie w jakim biorę udział i proszę o wszelką pomoc. Aby zagłosować na mój blog wystarczy wysłać sms o treści G00289 na numer 7122 
Koszt smsa wraz z vatem to 1,23 
Dziękuję za każdy oddany głos.

3 komentarze:

psychosomatic girl pisze...

Rodzimy się po to by umrzeć, ewolucja, przedłużenie gatunku, wszystko jedno jak to nazwiesz. Każdy cel, każde marzenie, studia, praca, dzieci, dom, nowe auto, brak auta, spełnianie marzeń, podróże. To wszystko po to, by zapełnić pustkę pomiędzy punktem A (naszymi narodzinami) a punktem B (nasza śmiercią). Narzekamy głośno, jak niesprawiedliwy jest świat. Narzekamy jakie beznadziejne jest nasze życie. Tylko, że to życie jest nasze, właśnie, niczyje inne i nikt go za nas nie przeżyje. Pomiędzy punktem A, a punktem B, jest tyle rzeczy do zrobienia, tyle śmiechu do łez, tych najbardziej cieszących drobiazgów, dni zaczynających się kawą przy oknie i kończących padaniem na pysk, z poczuciem zadowolenia, do łóżka. No i jest cały świat. Tak wiele i tyle piękna, nie tylko tego dosłownego, do zobaczenia, odkrycia i przeżycia.

Dla mnie życie jest morzem trudów, upadków i przeciwności, z wyspami szczęścia. Dla tych właśnie wysp warto żyć, do utraty tchu, szybko, nie oglądając się za siebie z żalem. I niekoniecznie umrzeć z miłości, ważne aby bez goryczy i poczucia, że się przemknęło niczym cień, przez te kilka, lub kilkadziesiąt lat.

PS: Pierwszy raz słyszałam to wykonanie "Chciałbym umrzeć z miłości" i nie potrafię przestać go odtwarzać.

PS 2: Wieczne umieranie = wieczna agonia. Trochę bolesne ;)

Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Greetings! Very useful advice within this post! It is the little changes which will make the greatest changes.
Thanks for sharing! ageless male enhancement complaints - ageless male - ageless male

Feel free to visit my page :: marcelpleasance.com

Anonimowy pisze...

Hello there! I ѕіmply wiѕh to givе you a
big thumbs up for уour excellent info yοu hаve here оn this post.
I'll be coming back to your website for more soon.

Look at my blog post - empower network