czwartek, 24 lutego 2011

Wirus

Ociężała głowa, wirus, łóżko krwią z igły splamione, wydęte nad wyraz żyły, chłód kroplówki płynącej do dłoni. Broda zasypana czarnym, długim zarostem, przekrwione białka oczu, osłabienie, przyspieszony puls, 38.5 słupka rtęci, drętwe ciało, wyczerpane i osnute ludzkim cierpieniem. Takie godziny, dni, tygodnie, czasem lata są wpisane w nasze życia. Szukamy zdrowia, miłości, pieniędzy, szczęścia. Każdemu szczęście daje coś innego, milioner cieszy się z kolejnych zer na koncie, bezdomny z cieplejszego, mniej mroźnego dnia, lub z kolejnej znalezionej dwudziestogroszówki. Moje powieki otwierają się z lekkością ale ciało spowija się w zmęczeniu. Wiesz, Pamiętniku ja dzisiaj cieszę się z kilku promieni słońca, z wolności spędzanej w puszystej pościeli, z audiobooka czytanego przez lektora. Te słowa mnie karmią, zabierają do innego świata, na sto, dwieście lub miliony sekund tylko po to by odetchnąć tak prawdziwie. Potem przychodzi noc, bezsenna, marzycielska lub całkiem neurotyczna. Dzisiaj chciałbym wybrać, pozwól mi wybrać, chcę marzyć. Daj mi wiosnę i kilka pąków, trochę siły by żyć, wiarę mam upchaną w zacerowanych kieszeniach umysłu. 



niedziela, 20 lutego 2011

Blackberry Stone

Rozsypuję się jak morski piasek niesiony przez silną falę, jestem jak resztki kawy osadzające swoje drobinki na ustach ludzi i bokach filiżanek. Aromatyczny, emocjonalny i chwilami upadający pod ciężarem egzystencji. Telefon jest głuchy jak cisza a wiatr nocą tylko hula między wysokimi koronami drzew. Ten dźwięk ma w sobie coś hipnotyzującego co pozwala pisać w dziwnym stanie umysłu. Szpitalne korytarze, kremowe płytki, białe kitle, jaskrawe światła i ludzie; setki ludzi, których dotyka jednorazowy uraz lub wieczne zmagania z chorobą. Obserwacja, rozkład myśli i analiza. Życie daje mi dużo do myślenia, chociaż jestem pełen wad, na katorżniczą pracę nie mam sił. Jestem zbudowany z własnej gliny, ulepiony nieidealnie i rozsypany chcę być w miejscu gdzie poznam smak Twojej duszy. Moje palce się odkształciły i nie pamiętają ciepła ust, smaku i pożądania ciała. Wewnętrzny werteryzm kontra optymizm i tak przez całe życie, dwie skrajności przenikające się na wskroś. Droga zwana życiem potrafi przytłoczyć a stosunki międzyludzkie to cholernie trudna rzecz. Otwieram kolejną stronę książki i pochłaniam łapczywie każdym zmysłem drobnym, zielona okładka uspokaja moje oczy i uświadamiam sobie, że takie kobiety trafiają się raz na kilkadziesiąt lat, poproś niebo w moim imieniu o więcej. 




piątek, 11 lutego 2011

Road to nowhere

Taki typ osobowości powinien być zabroniony już w momencie pojawienia się zarodka w matczynym ciele. Odgórnie zakodowane cechy w spirali życia, DNA nazywanym. Dzieciństwo i nagłe zderzenie z realiami świata, zasadami, ludźmi, społecznymi normami. Nigdy nie byłem dobry w matematyce ale uczucia do kobiety są silniejsze niż cyferki z ogromną liczbą zer lub wszelkich innych liczb po przecinku. Kiedyś wyśniłem sobie szczęście, narysowałem sobie Ciebie w wyobraźni, rysunku w umyśle nie ukończyłem bo pięknym jest możliwość odkrywania złożonej osobowości, gładkości ciała, pieprzyków, blizn, zaczerwienień. Tak doskonale dokładnych obrazów nie tworzy nawet wyobraźnia bo jak opisać kobiecy obojczyk nie czując go pod opuszkami palców, jak opisać oczy jeśli nie można w nich zatonąć, w końcu jak pokochać osobowość, która jest tylko iluzją, niedokładnym obrazem zamazanego paranoika. Rozpłyńmy się na kanapie, nalej mi wina, uśmiechnij się czystością duszy, stwórz dla nas świat odległy od realiów brudu, możesz być połamana w wielu miejscach, poskładałbym Cię jak porcelanową filiżankę, która upadła gdzieś na podłogę a fragmenty są tak drobne, że wydają się nie do poskładania. Gdybyś tylko była, przecież ucieczka przed światem to nic złego, to kraina bagienna raczej a świat piękna możemy tworzyć sami, gdy leżysz przy mnie patrząc jak drżą nam usta, świecą się oczy i płonie skóra. Bogactwem naszych myśli moglibyśmy zbudować pałac, fortecę przed złem, na skale zrozumienia, obok mostu zaufania i bramy uczuć nieopisanych. Sesja się skończyła, potrzebuję odpoczynku a wiesz co jest najgorsze ? że nie wiem do kogo piszę i w bezsilności przytulają mnie tylko cztery białe ściany, chłodne i pełne bólu, one widziały za dużo. 



wtorek, 1 lutego 2011

Trouble is the only way is down

Niewyspana twarz z nową fryzurą ułożoną zgrabnie wyschniętą dłonią, spacer, zimowe powietrze. Odbicie moich oczu zachowane na samochodowym lusterku;  zmarznięte, trzęsące się szczupłe ciało, parujące usta, unoszące opary duszy przed siebie. Ludzkie spojrzenia,  powietrze namawiające twarz do grymasu, spoglądam przed siebie, światła latarń, smużki śniegu oplatające czoła nieznajomych mi osób. Ciekawe czy czują to co ja, co myślą, co siedzi  w nich gdzieś w środku, czy są mi podobni czy całkiem różni. W moim ciele wszystkie pory roku drzemiące, w zależności od stanu umysłu i dnia codziennego, kalejdoskop uczuć, encyklopedia emocji. Patrząc na mnie potraficie widzieć tylko szarego człowieka, gustownie przyozdobionego w szal, płaszcz i ciemne buty, błyskam oczyma niczym diody LED, stukam kośćmi po końcówkach źrenic ludzi mijanych. Tkwicie w miejscu ze swoimi stalowymi stopami, zamkniętymi powiekami, stowarzyszenie ślepych i głuchych. Unoszę się, odpływam, słuchawki zamykają w moich uszach nowo poznane piosenki, dźwięki, instrumenty, charakterystyczne głosy i teksty. Liryczny mężczyzna, z lekka niedostosowany, neurotyczny, antywalentynkowy i głęboko sam, rozumiany czasem, przez jednostki, które cenię prawie jak własne serce, śmiejący się do bólu brzucha, leżący na podłodze ubranej w drobne marzenia, chowający się w iluzorycznej szafie gdy nadchodzi spustoszenie a dłonie trzęsą się pod dawką stresu i myśli depresyjnych. Nagi niczym dziecko w czasie porodu lecz ubrany w tajemnicę, długie rzęsy, pełne usta i głębokie jak studnia serce; nie należy wrzucać tam kamienia jeśli nie jest w stanie zapełnić tej otchłani pełnej rzeczy pięknych i trudnych. Zatrzymaj się, pochyl: jeśli widzisz nasze odbicia w tafli wody to znaczy, że czekałem tu na Ciebie, wrzuć kamień.