czwartek, 24 lutego 2011

Wirus

Ociężała głowa, wirus, łóżko krwią z igły splamione, wydęte nad wyraz żyły, chłód kroplówki płynącej do dłoni. Broda zasypana czarnym, długim zarostem, przekrwione białka oczu, osłabienie, przyspieszony puls, 38.5 słupka rtęci, drętwe ciało, wyczerpane i osnute ludzkim cierpieniem. Takie godziny, dni, tygodnie, czasem lata są wpisane w nasze życia. Szukamy zdrowia, miłości, pieniędzy, szczęścia. Każdemu szczęście daje coś innego, milioner cieszy się z kolejnych zer na koncie, bezdomny z cieplejszego, mniej mroźnego dnia, lub z kolejnej znalezionej dwudziestogroszówki. Moje powieki otwierają się z lekkością ale ciało spowija się w zmęczeniu. Wiesz, Pamiętniku ja dzisiaj cieszę się z kilku promieni słońca, z wolności spędzanej w puszystej pościeli, z audiobooka czytanego przez lektora. Te słowa mnie karmią, zabierają do innego świata, na sto, dwieście lub miliony sekund tylko po to by odetchnąć tak prawdziwie. Potem przychodzi noc, bezsenna, marzycielska lub całkiem neurotyczna. Dzisiaj chciałbym wybrać, pozwól mi wybrać, chcę marzyć. Daj mi wiosnę i kilka pąków, trochę siły by żyć, wiarę mam upchaną w zacerowanych kieszeniach umysłu. 



Brak komentarzy: