wtorek, 24 maja 2011

mad world

Kilka dni wyjętych spod poduszki , schowanych w nocnych koszmarach. Śnię na jawie, czy już normą jest budzenie się z zażenowaniem wypisanym na twarzy? Ludzkość karmiona głupotą czy głupota ludzkością? Mówisz mi codziennie, że mam wierzyć w ideały, w ludzi wielkich, że nasze miejsce tutaj jest po coś, że droga ku szczęściu musi być wyboista ale gdzie kończą się granice tych kamieni, piasku, zdartych stóp i pokrwawionych serc. Herbata parzyła się w kubku gdy stawiałem swoje nagie kończyny na lodowatej podłodze, nieznośna lekkość bytu otulała wszystkie komórki, przez chwilę wydawało mi się, że kobiece dłonie tkwią gdzieś przy moich, że ten ciepły kubek to Twoje opuszki a para wodna jest złożonym pocałunkiem na moich lekko zaróżowionych ustach. Nic z tych rzeczy, one nadal pierzchną na wietrze a dłonie dziś są chłodne, przy stole siedzę sam z moim kubkiem. Umysł wylał mi się na podłogę bo świat tu teraz to realia a nie marzenia. Nie umiem inaczej bo wszystko co mam to marzeń kilka, tych najdrobniejszych, które sprawiają, że rosną Ci wielkie skrzydła i fruniesz. Nie mów mi, że świat jest dobry, bo idzie na dno. Znam prawdę, to źrenice dostrzegają wszystko jak należy a Ty płyniesz jak każdy albo cierpisz nierozumiany przez świat i ledwo wychylasz głowę łapiąc oddech w tym cholernie duszącym nurcie rzeki. 

Donnie Darko <3

czwartek, 19 maja 2011

story # 2

Na ciemnych wskazówkach zegara wiszącego na ścianie dochodziła godzina 9, pora śniadań. Zawsze o tej porze Jakub odrywany był od pisania głośnym dzwonkiem informującym, że zaraz podawane będzie śniadanie. Jakub pomyślał: znowu te cholerne skrzypiące wózki na stalowych kołach i znowu ta sama nic nie mówiąca twarz jednej z kucharek kiedy nakłada posiłek, a to niby ja mam problem i wiecznie siedzę przygnębiony, dom wariatów! Jakub energicznym ruchem podniósł się z krzesła i ruszył po śniadanie zanim wózek zdążył dojechać do jego pokoju, całą drogę powtarzając w myślach jak bardzo nienawidzi tych żelaznych pojazdów zakłócających jego stoicki spokój. Wracał jak najszybciej, nierównych, chwiejnym krokiem, doszedł do swojego pokoju i usiadł przy biurku. Zamknął notes, odłożył długopis i rzekł: co my tu mamy, czerwony pomidor, podobno źródło witaminy A, jedno gotowane jajko – oby bez ptasiej grypy, dwa plasterki wędliny – sama saletra, dwie bułki i herbata z cytryną. Jakub zawsze zaczynał śniadanie od łyka gorącej herbaty i zawsze z cytryną. O ile krzywił się na samą myśl o śniadaniu to herbata sprawiała, że zjadał wszystko co było na talerzu, rzadko ze smakiem ale zjadał. Kiedy Jakub kończył śniadanie przyszedł drugi lokator, naprawdę miał na imię Krzysztof ale wszyscy nazywali go Martwym. Ilość prób samobójczych tego człowieka przysparzała o zawrót głowy lekarzy, personel i samych pacjentów. Jakub mówił na niego wiecznie żywy klakier bo żyć miał więcej niż cała kocia rodzina. Żyletki, skoki z wysokości, pękające na szyi sznury, przedawkowanie leków nasennych, próba skoku do porywistej rzeki i wiele innych o których wiedział tylko on sam i lekarz prowadzący. Krzysztof był postawnym mężczyzną o bujnej, posiwiałej czuprynie, zmęczonej twarzy, zawsze z kilkudniowym zarostem, który w jego wypadku ukrywał zmęczenie zarysowane na zewnętrznej strukturze jego ciała. Krzysztof różnił się od Marka tym, że w nocy spał spokojnie a za dnia odzywał się tylko wtedy gdy czuł się słuchany przez innych, mówił krótko, zwięźle i zawsze na temat. Jakub lubił rozmawiać z Martwym, który był człowiekiem oczytanym, czytał dużo i w każdej chwili, może dlatego mówił mało ale zawsze rozsądnie, używając bogatego języka. Pacjenci naśmiewali się czy przypadkiem nie szuka w tych książkach kolejnych sposobów na popełnienie samobójstwa bo te jego własne za nic się nie sprawdzają. Krzysztof usiadł na swoim łóżku i zapytał: 
- Więc Jakubie filozofia czy Freud ?
J: Hmm.. Jeśli Freud to znowu zaczniesz mi wykładać co mogą oznaczać nasze erotyczne sny w tym ośrodku a co jeśli to tylko efekt uboczny tych kolorowych tabletek, którymi tak mnie jak i Ciebie faszerują ? O filozofii nie będziemy rozmawiać,  nie mam dziś głowy do tych naszych rozważań.
K: Rozumiem, w takim razie mam inną propozycję. Masz ochotę posłuchać muzyki ?
J: Jeśli mówisz o sali, która nazywana jest muzyczną to muszę podziękować. Każdego dnia serwują dźwięki ptaków, szum morza, muzykę relaksacyjną prosto z Japonii i to ma nas niby uspokajać a ja po każdym takim seansie czuję się tylko gorzej!
K: Nie miałem na myśli muzycznej sali.
J: Więc o co Ci chodzi? Przecież nie możemy tutaj mieć swoich odtwarzaczy.
K: Godzina 15:00 to czas zmiany dyżurujących, wyjdziesz równo o tej godzinie, przejdziesz przez całą długość korytarza, ochroniarzowi powiesz, że musisz się przewietrzyć, ulotnisz się na dobre pół, może nawet godzinę czasu. Ten stary jegomość nie ma pojęcia czasoprzestrzeni, on liczy czas tylko od jednej do drugiej drzemki więc może nawet spowiadać się nie będziesz musiał.
Jakub się uśmiechnął, kiwnął głową i odpowiedział: a więc do 15 Martwy, cokolwiek planujesz liczę na Twoją naturalną intuicję, nie chcę mieć problemów.
K: Spokojnie, zdaj się na mnie, siedzę tutaj dłużej więc jestem pewien, że się uda. A więc do zobaczenia! 

wtorek, 17 maja 2011

story # 1

Okolica oddychała jasnym niebem, zielone trawniki, kolorowe krzewy, świeże powietrze, idealna okolica dla psychiatryka. Wygłodniałe ludzkie bestie uwięzione w szarych murach, duże dawki diazepamu, relanium itp., miękkie ściany, poduszki, sanitariusze i kilku okularników w białych kitlach. Codzienność z życia ośrodka, emocjonalne wraki, ludzie którym nie wyszło, schizofrenicy, chorzy na depresję, jednostki mniej lub bardziej odchylone od społecznej normy. On ? zwykły facet w głębokiej depresji, kilka prób samobójczych na koncie. Właśnie otwierał oczy przed którymi rysował się pomalowany na biało sufit, wszystkie sale w ośrodku były pomalowane w tym kolorze, jakby projektanci żyli z myślą, że tylko jasne przestrzenie uspokajają.  Nic z tych rzeczy, wariaci każdego dnia pokazywali na co ich stać a on żył obok, będąc tylko imieniem i nazwiskiem na papieże. Usiadł na krześle i zaczął pisać, notował każdy dzień z życia ośrodka, chyba tylko przez swój stoicki spokój dostał pozwolenie na długopis, którym równie dobrze mógłby zrobić krzywdę sobie lub komuś z ośrodka. Na szczęście ten etap miał za sobą, przerzucił kolejną kartkę i pisał. W swojej sali miał samych interesujących współlokatorów: jeden z nich  był przypięty pasami po hałaśliwej nocy. Marek bo tak miał na imię przez pół nocy wyobrażał sobie, że ma wyjątkową moc i siłę, faktycznie miał dopóki doktor z pomocą sanitariuszy zaaplikował mu potężną dawkę środka uspokajającego. Mniejsze dawki już dawno nie działały, nasz główny bohater jedyne co pamiętał na drugi dzień to krzyki Marka: „Kurwa! Mogę wszystko! Zostawcie mnie!” To jedna z nielicznych rzeczy jakie zostały w jego umyśle ale jak mógł nie pamiętać skoro ataki Marka pojawiały się 2,3 razy w tygodniu, zwykle w godzinach nocnych. Jakub bo tak miał na imię główny bohater skupiał się wyłącznie na własnym świecie, zbudował klatkę w której się zamknął, pisał, przekreślając kolejne krzywe litery, od zawsze pisał brzydko, co wskazywało na zbytnią nerwowość i dużo emocji w środku. Drugi współlokator był właśnie na badaniach kontrolnych, gdy weszła pielęgniarka, miała długie, ciemne włosy i ciepłe spojrzenie, w dłoniach trzymała mały kieliszek pełen kolorowych tabletek. Jakub powiedział: Czy Pani znowu niesie te cukierki dla mnie? Ostatnio jest ich coraz więcej, czy Pan doktor zdaje sobie sprawę, że od takiej ilości słodyczy może rozboleć mnie nie tylko brzuch ale i głowa?Pielęgniarka uśmiechnęła się jak zwykle idealnie pomalowanymi ustami i odpowiedziała: Panie Jakubie te dodatkowe dwie są na wzmocnienie organizmu, tak blado Pan wygląda.



J: Dobrze, wezmę je pod warunkiem, że Pani chwilę posiedzi, siedzę tu każdego dnia sam, obok mam kolegów, którzy zdaje się należą do innego świata niż ja i nie mam nawet z kim pomilczeć. Zamknęliście mnie w tej klatce i teraz siedzę w nie jednej ale dwóch a nie mam kluczy do żadnej z nich. Proszę, niech Pani zostanie chociaż na chwilę. 


P: Panie Jakubie nie mogę, zostali jeszcze inni pacjenci, którym muszę podać leki. Jakub posmutniał, dobrze rozumiem, niech Pani nie zawraca sobie mną głowy. Trzęsącą dłonią podniósł szklankę i łyknął wszystkie tabletki, co do jednej.


J: Może Pani już iść! – krzyknął.


P:Panie Jakubie, ja naprawdę chciałabym z Panem po…
Jakub nie pozwolił jej dokończyć. Zerwał się z krzesła i usiadł przy swoim stoliku. 

Kontynuacja zależy od Was. Jeśli chcecie bym pisał krótkiego rodzaju historie, dalsze losy Jakuba dajcie znać na formspringu lub w komentarzach pod wpisem. 

czwartek, 5 maja 2011

Some Surprise

Ciepły napar studził się już w kubku gdy z trudem otwierałem zmęczone powieki. Kolejny dzień z życia neurotyka, z trudem utrzymującego się w ryzach świata, zmuszających do posłuszeństwa. Nic z tych rzeczy, już wybrałem swoją drogę chociaż zmienia się ona chwilami zgodnie z kierunkiem zmiany wiatru. To tak jak z zagubieniem w lesie, gdy ktoś trzyma się wskazówek kompasu ja wolałbym iść dwa razy dłużej tylko po to by poczuć, że żyję, że oddycham świeżym powietrzem i mam dwa razy więcej czasu na głębokie przemyślenia. Tak, dobrze wiemy jak żyją ludzie gdzieś obok, jedni udają szczęśliwych, inni tacy są, we mnie drzemie jakiś dziwny zestaw cech, które ciągle poznaję i w nocy boję się każdej coraz bardziej. Pomocna dłoń i uśmiech, nieznośne żarty od których boli brzuch, jeśli chcesz zatrzymaj się obok i usiądź na desce, która kiedyś była ławką i słuchaj, mów, pozwól płynąć myślom i nadstaw uszy bo tuż obok wolnym wieczorem przesuwają się w tle pojazdy, mijając stalowe oprawy mostu. Ile masz myśli patrząc na ten widok ? ile było wypadków, ile prób samobójczych, ilu utopionych w nurcie krwawej rzeki, ile bitw nasączonych testosteronem samców, ile upadków na kolana po pijaku, ile łez wylanych przez wracające, zranione osoby. Pewnie masz rację jeśli tak postrzegasz to co widzisz ale popatrz, że może gdzieś na ławce rodzą się ludzkie uczucia, przyjaźnie, rzeki myśli przesuwające się w nocnych rozmowach, wyciągaj swoje dłonie tam gdzie czujesz się bezpiecznie, próbuj nawet jeśli to kolejny upadek to nie jest po nic, każde doświadczenie czegoś uczy jeśli masz w sobie nawet ziarenko mądrości. Te złe uczą nas doceniania tego co mamy lub unikania tych samych błędów, te dobre pozwalają tworzyć siebie jako jednostki coraz lepsze, bogatsze. Poznałem miłość, ludzi, świat, wciąż się uczę, jestem głupcem biegnącym do przystanku życiowa „mądrość”. Przede mną długa droga, wiem co znaczy tracić całe serce i czekać na duchowy jego przeszczep, udało się, moje serce wróciło po tylu zmaganiach z samym sobą. Jestem teraz innym człowiekiem, a miłość, zostawmy na boku. Dzisiejszy świat buduje nam mury, czasem silniejsze niż ludzkie dłonie i łopaty, mury silniejsze od ludzkich łez i od ludzkiej dobroci, twardsze od kości i nieczułe na emocje. A ja chciałem tylko tak bardzo mocno uwierzyć, że będąc jedną z kropek na mapie świata mogę znaczyć dla kogoś cholernie dużo, że mój umysł będzie spokojny a serce ciepłe, zostały mi chłodne dłonie, niewyspane ciało i niedoskonały umysł. Pocałuj mnie wietrze, przyjacielskim pocałunkiem wiosny, nie chcę zostać sam, to niszczy moje komórki, otul mnie swoim ciepłem, wygoń deszcz, bądź mi przyjaciółką, boję się, tak potwornie, że czasem tchu mi brak. 

<3