czwartek, 13 października 2011

Śmiejemy Się

Każdy poranek jak czerstwa bułka, zapach herbaty, zaspane powieki, kilka łyków, jakieś leki. Czasem ludzie mówią myślami, że dół sobie kopię uciekając od realiów świata. Ja nie uciekam, czuję duszą, podświadomie,  może ona widziała za dużo, za głęboko, zbyt trzeźwo. Jedyny moment gdy byłem pijany to chwile gdy kochałem kogoś wyrzucając własny, ludzki egoizm za okno.  Pijany od uczuć, endorfiny, dotyku, ciepła, spojrzeń, rozmów. Świat mnie lubi zmieniać, bawić jak topiącym się kawałkiem asfaltu w gorący słoneczny dzień. Wielka betonowa ściana została dawno zburzona i może chciałbym oddychać czyimś sercem, mieć otwarte dłonie, pragnąć, czuć, trzymać chłodne ręce. Słuchawki w uszach, środek miasta, ktoś szuka głębi w moich oczach gdy tak stoję na przejściu a w uszach płynie Myslovitz, ironicznie tytułując płytę „Happiness is easy”. Niebo płacze na pokryte brudem chodniki, plakatowi politycy topią swoje wizerunki w głębokich kałużach, chmury nadymają swoje płuca plując wiatrem w załzawione oczy, może to tylko kaprys natury, może zasługa muzyki, może wrażliwości lub wszystkiego po trochu. Jak szary obywatel kolejnej wersji poniżonego kraju mknę obok kolejnych sklepowych wystaw, napisy skazane na marketingowy byt z kategorii kup, kup, kup aż się zrzygasz tym bogactwem! Usiadłbym gdzieś i zamknął usta miastu, przystanął za innych i za siebie samego, otwierał po kolei umysły chcących słuchać aż grono ludzi obok powiększałoby się, sprawiając, że świat byłby lepszym miejscem, nawet na kilkanaście minut. Tych prawdziwych, rozmarzonych, szczerych kilkanaście minut dobra. Mimo wszystko, dziś się uśmiecham :)