wtorek, 2 października 2012

Ekki múkk.

Złap za nogi lisa, który gdzieś czmych czmycha, zamknięty w swojej kopule zezwierzęcenia jak człowiek, który potrzebuje ludzkiego ciepła by chwile potem skończyć żywot na skromnym fragmencie leśnego runa. Żyjemy wśród ludzkiego zezwierzęcenia, w którym rzucanie się do gardła to porządek dzienny, wśród tych powykręcanych twarzy pełnych kłamstwa i szczeniackiej niedojrzałości. Zniknęła natura, zamiast niej masz smród miasta, dali nam w dłonie Internet, telewizję i media, pozwolili się dzięki temu rozwijać a ludzie i tak potrafili tylko źle wybrać. Wybierając próżność bytu, utopię w pogoni za hajsem i zdenominowaniem własnego systemu wartości na rzecz społecznej akceptacji jednostek równie durnych, równie nieświadomych przeżywanego życia, które jest wyłącznie jedno a umrzeć głupcem to jak przekleństwo i wstyd mi wtedy za ludzkość, wstyd za każdego człowieka, który swój mózg przepuścił przez sito nicości. Marne umysły, krzywe wartości, społeczne zadowolenie z bycia fajnym. To nie dla mnie, walczę z utartymi schematami życia, każdy ma prawo do szczęścia w inny sposób ale na Boga, który z pewnością jest, gdzie w tym wszystkim jest człowiek, gdzie jego system wartości, moralny kręgosłup, gdzie dojrzałość i dziecko w środku zarazem. Chwilami czuję się jak podróżnik, chodzący po pustyni, mając jedynie psa i głód bycia przy kimś blisko, tak na wyciągnięcie ręki. Stan w którym myślenie o głodzie zastępuje Ci myślenie o samotności, wyobcowaniu w środowisku, mimo, że przecież gdzieś jest ta osada w której ludzie przyjmą Cię z ciepłem jak dawno niewidzianego przyjaciela. Idziesz, lecz osady nie widzisz, fatamorgana w której wydaje Ci się, że gliniany dom jest na wyciągnięcie ręki, że ludzie wołają z życzliwością w głosie tylko do Ciebie. Mylisz się, do osady masz jeszcze najmarniej kilka lat ciągłej drogi w której ludzie to takie fatamorgany, kreacje Twojego umysłu. Dopiero na końcu gdy jesteś wyczerpany drogą jaką pokonałeś uświadamiasz sobie, że dotarłeś do tego miejsca. Tego realnego, niewymyślonego, gdzie przy strumieniu siedzą osoby zmęczone jak Ty sam, które przebyły taką samą drogę, spalone słońcem, wycieńczone, z popękanymi wargami, odciskami na palcach i łzami w oczach. Wtedy czujesz, że Twoja droga nie była banałem, była po coś, wniosła w Twoje życie ból i szczęście gdy poranek budził Cię do życia. Zyskałeś doświadczenie, którego każdy kto zrezygnował nie posiadł. Kroczysz dla jednostek, tych innych niż reguły świata, które tak samo jak Ty podjęły walkę by móc spocząć przy strumieniu z wzruszeniem w sercu i myślą, że odnalazłeś w tych ludziach cząstkę siebie samego,tak na zawsze. Jeśli Twoja droga to same wyboje to nie bój się iść, gdzieś przecież są Ci ludzie, którzy próbują tak bardzo jak nikt inny by mieć okazję rozmowy przy strumyku właśnie z Tobą.